W konkursie pełnych metraży startuje 5 filmów, a “North of Blue” to najbardziej niekonwencjonalny spośród nich. Jakkolwiek “Seder-Masochism” i “Photon” także są dość specyficzne, film Joanny Priestley gra w osobnej lidze jako produkcja całkiem pozbawiona bohaterów i fabuły. Można by go nazwać czystą animacją.

Jedyną historią, która istnieje w kontekście “North of Blue”, jest ta o jego powstaniu. Reżyserka – nazywana czasem “królową niezależnej animacji” – pojechała w 2012 do Jukonu i zaczęła eksperymentować z animowanymi obrazami na tle sfotografowanych zimowych krajobrazów. Wróciwszy po miesiącu do studia, zaczęła konstruować z tych kawałków film, ale jako że nie szło zbyt dobrze, projekt został odłożony. Gdy Priestley wróciła do niego po paru miesiącach, postanowiła całkiem zrezygnować z fotografii i skupić się na uchwyceniu w animowanych kompozycjach “czaru dalekiej Północy”.

W “North of Blue” od razu rzuca się w oczy paleta barw, ograniczona do niemal tylko czerni, bieli, czerwieni i – rzecz jasna – różnych odcieni niebieskiego. Sama Priestley przyznała, że podczas pracy zauważyła brak wspólnego użycia kolorów czerwonego, niebieskiego i białego w jej wcześniejszych dziełach (co zresztą wywiodła z pochodzącej z czasów college’u “awersji do powiewającego flagą nacjonalizmu”, jako że amerykańska flaga składa się z właśnie tych trzech kolorów) i, idąc za tym spostrzeżeniem, dodała czerwień do biało-niebieskich obrazów Północy, nie tylko by wzbogacić styl wizualny filmu, ale też jako “interesujące osobiste wyzwanie”.

Priestley przyznaje, że na jej pracę duży wpływ miał unikalny styl holenderskiego abstrakcjonisty Pieta Mondriana, którego nazwała “ulubionym artystą jej życia”. Wśród innych inspiracji wymienia filmy pionierki animacji abstrakcyjnej Mary Ellen Bute, abstrakcjonistyczne obrazy Hilmy af Klint, jak i niebiesko-białą estetykę fajansów z Delft. Z takim bagażem inspiracji Priestley stworzyła cyfrowo ponad 40 000 rysunków i zmontowała je w godzinnej długości film.

Efekt jej pracy wydaje się jednak nie całkiem spełniony. “North of Blue” w jednej chwili kojarzy się z urzekającymi obrazami z kalejdoskopu, by za moment przypominać bardziej pełnometrażowy wygaszacz ekranu. Wrażenie, jakie urok północnych pejzaży wywarł na Priestley jest tu bardziej poseansową ciekawostką niż widoczną na ekranie wartością filmu. Podejrzewam nawet, że niektórzy widzowie nie połączyliby “North of Blue” z krajobrazami, gdyby nie tytuł i festiwalowy opis. Ale jako najdziwniejszy jawi mi się metraż filmu; przypuszczam, że skrócony do – powiedzmy – 20 minut, byłby on znacznie bardziej angażującym doświadczeniem.

Dlatego też moje odczucia wobec “North of Blue” są raczej chłodne niczym zima w Jukonie. Niemniej jednak, darzę szacunkiem ogólną ideę filmu i włożony weń ogrom kreatywnej pracy. Mam też nadzieję, że tak intrygująco abstrakcyjna i personalna pozycja znajdzie wśród widowni swoich miłośników, choć ja z pewnością się do nich nie zaliczam.