W skład Przeglądu V wchodzi 9 filmów.

“Kształt chwili” (reż. Mateusz Sadowski)
Ciekawy projekt trójwymiarowej animacji poklatkowej. Luźno połączone ze sobą nowatorskie ujęcia nie są wcale wymuszone, co więcej momentami hipnotyzują, a ich nieskonkretyzowany charakter nadaje im wielu znaczeń i możliwości interpretacyjnych. Jak sam tytuł wskazuje, stanowią ujęcie chwili, zatrzymują dany moment, by wpisać go w jakiś kształt i dzięki niemu przyjrzeć mu się z innej perspektywy, a tym samym skłaniają do różnych tematycznie refleksji oraz spojrzenia na pewne sytuacje pod zupełnie innym kątem. Sugestywna jest też dominująca w filmie cisza, która nie tylko ma za zadanie wyciszyć odbiorców i wprawić ich w nastrój refleksyjny, ale również uświadamia, że pewne zjawiska dostrzeżemy tylko dzięki niej.

“Lotte that Silhouette Girl” (reż. Elizabeth Beecherl, Carla Patullo)
Bardziej klasyczna propozycja w tym przeglądowym zestawie, sięgająca po bajkową stylizację, która jest jednak jak najbardziej jest ona uzasadniona. Ten krótkometrażowy dokument opowiada historię pionierki filmu animowanego Lotty Reiniger. Obraz zachwyca kolorami i pięknymi “wycinankami”, nie sposób też nie wymienić idealnie wpasowującej się do stylizacji czcionki. Tym, co odbiega lekko od tej dość przewidywalnej konstrukcji filmu jest odrobinę niechronologiczne przedstawienie historii. Dla jednych będzie to zaletą, interesującym elementem – ja raczej widzę w tym pewną usterkę, gdyż trudno się doszukać celowości tego zabiegu: nie uwypukla on żadnego wątku ani nie urozmaica zbytnio animacji. Nie można jednak zaprzeczyć, że film stanowi godny hołd dla twórczości Lotty Reiniger.

“Negative Space” (reż. Max Porter, Ru Kuwahata)
Bardzo prosta i urzekająca historia przedstawiająca relację ojca z synem. Film stanowi piękną, niezwykle subtelną, ale zarazem głęboką wizualizację wiersza, na podstawie którego powstał. Twórcom udało się stworzyć bardzo liryczną i w swej prostocie niesamowicie przenikającą, poruszającą wiele aspektów opowieść. Sama historia jest niestety dość smutna. Tę gorycz widzimy również w karykaturalnej animacji postaci, które mają nienaturalnie proporcje i poruszają się sztywno i tak po prostu: smutno; jak się na nie patrzy, widać ten smutek; a może bardziej jest to brak radości… Niewątpliwie film stanowi poruszającą wyobraźnię, interesującą interpretację wiersza. Ciekawym jest także pokazanie punktu widzenia syna zarówno jako dziecka, jak i jako dorosłego oraz wniosek jaki z tego płynie: relacja między ojcem a synem z upływem lat wcale się nie zmienia.

“Days of Joy and Happiness” (reż. Rodriguez Valcke)
Zapowiadany był bardzo trafnie, jednym zdaniem: trzeci odcinek o głupocie ludzkiej. I jeśli chodzi o fabułę to trafniejszego określenia chyba już nie znajdziemy. Przedstawia, w nietuzinkowy zresztą sposób, problem braku myślenia społeczeństwa, bezrefleksyjnego przyjmowania usłyszanych opinii, sądów, tez czy ocen oraz bezsensownej, zupełnie nielogicznej nietolerancji. Bo łatwo jest iść za tłumem, powielać zachowania grupy, piętnować innych, niszczyć im życie, a trudno przejąć inicjatywę racjonalnego rozumowania – o wiele wygodniej zostawić myślenie innym. Niestety na kartach historii widzimy, że ta głupota ludzka wynikająca z braku samodzielnego myślenia wciąż daje o sobie znać i trudno jej się pozbyć pomimo doświadczonych przykrych jej konsekwencji. Poprzez przerysowane i wyjątkowo nieurodziwe postacie, którym własny wygląd zupełnie nie przeszkadza np. w szykanowaniu czyjegoś nosa, który notabene prawie wcale niczym nie różni się od ich własnych, został bardzo wyraźnie zaakcentowany problem nieracjonalnej nietolerancji, wręcz segregacji ludzi. W tym aspekcie filmu możemy również dopatrzeć się zobrazowania, na czym polegała tragedia Żydów podczas II wojny światowej oraz czym była tak naprawdę spowodowana. Lecz pomimo dość popularnej w kinematografii tematyki, proszę się nie dać zwieść, iż forma będzie równie mało oryginalna. Absolutnie tak nie jest. Prosta kreska i rysunki w połączeniu z muzyka klasyczną, której tempo i ton budują podczas seansu napięcie oraz wprowadzają poważną atmosferę, zasługują jak najbardziej na szczególne docenienie. Niekonwencjonalna forma poprzez połączenie animacji, przypominającej dość dawne czasy prostych kreskówek wyświetlanych przez telewizję czy nawet rysunki z niskobudżetowych komiksów, z muzyką z kultury wysokiej było strzałem w dziesiątkę. Na pewno każdy, kto obejrzy tę animację, zapamięta ją na długo, przede wszystkim dzięki nieszablonowej i, co ważne, niewymuszonej formie, słusznej problematyce i temu, że film naprawdę porusza, może trochę dołuje, ale o to przecież chodzi, by coś podczas seansu przeżyć, by czegoś doświadczyć i by coś z niego wynieść. Oglądając “Days of Joy and Happiness”, wszystko to dostaniemy.

“Love Me, Fear Me” (reż. Veronica Solomon)
Kolejna propozycja tematu, potocznie mówiąc, odrobinę już oklepanego: o rolach, jakie w życiu odgrywamy, o tym, że często robimy coś pod publikę, chcemy by nas podziwiano, chcemy innym imponować i niekoniecznie wtedy jesteśmy sobą ani nie zdajemy sobie sprawy z tego, jakie konsekwencje może to ze sobą nieść. Niestety, sam film nie jest tak poruszający ani głęboki jak np. “Days of Joy and Happiness” czy “Negative Space”. Widzimy różne akrobacje osoby o dość abstrakcyjnym kształcie pragnącej atencji i wciąż zmieniającej swoją postać, tempo tańca i akrobacji oraz muzykę. Na koniec bohater pozostaje bez wyrazu. Niestety, właśnie zakończenie jest dużą wadą tego filmu. Powinno stanowić punkt kulminacyjny i zarazem rozwiązanie akcji, powinno być tą kropką nad i oraz momentem przeszywającym, a w zasadzie nie wywołuje żadnych emocji. Za to sama animacja jest na bardzo wysokim poziomie: postać zadziwia swoją plastycznością i szybkością, a prezentowane przez nią figury zdradzają olbrzymią wyobraźnię i kreatywność twórców. Sceny „popisywania” się postaci naprawdę robią wrażenie.

“Out in the Open” (reż. Isobel Knowles & Van Sowerwine)
Bardzo przejmująca animacja z serii tych, o których nie chce się za dużo pisać, by każdy mógł sam jej doświadczyć bez spoilerów, przeczytanych interpretacji, recenzji, opinii (których nie sposób pozbyć się z głowy), bo każdy w tej historii może dostrzec coś innego, czego inni nie zauważyli. Napiszę tylko, że chociaż film jest niemy, a animacja dość prosta, przekaz porusza i wybrzmiewa o wiele mocniej niż w spektakularnym “Love Me, Fear Me”.

“Dolls Don’t Cry” (reż. Frederick Tremblay)
To przede wszystkim zabawa z widzem, która przywodzi mi na myśl barokowe wiersze wykorzystujące koncept czy malarstwo Velázqueza. Tu również każdy widz musi zobaczyć to sam.

“Ilmatar” (reż. Aleksandra Anochina, Michaił Szepiłow)
Mnie nie urzekł. I chyba większości widzów na sali. Spowodowane może to być nieznajomością fińskiego eposu, który stanowił inspirację filmu, ale myślę również, że ze względu na mało porywającą animację, której zresztą nie było zbyt wiele (pojawia się w niej kobieta i mieliśmy okazję obejrzeć kadry nieba).

“Fundamental” (reż. Shih-chieh Chiu)
Ostatni film tego przeglądu niestety również nie wpisał się w moje gusta. Choć miał bawić, mnie rozśmieszył zaledwie parę razy. Opis filmu przeczytałam dopiero po seansie i nieco się zdziwiłam, że główny bohater był chory psychicznie. Myślę, że “specyficzna” to słowo idealnie określające tę animację.

Przegląd V można obejrzeć 11.07 o godzinie 10.30 w Kinie Muza.