Drugi pełnometrażowy film Normana Leto to interdyscyplinarna historia na temat tego kim byliśmy, jesteśmy i będziemy. Nowatorski w formie “Photon” sytuuje się gdzieś na przecięciu awangardy, dokumentu i niekonwencjonalnego eksperymentu.

Łukasz Ronduda, kurator Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, miał rację, wyodrębniając nowy kierunek filmoznawczych poszukiwań. Jego zdaniem rodzima sztuka współczesna coraz chętniej sięga w stronę kamery – i nie tylko wtedy, gdy twórcy próbują swoich sił z video artami. W ostatnich latach pełnometrażowe produkcje nakręcili autorzy, którzy dotychczas kojarzeni byli z rzeźbą, malarstwem czy performance’em. Małżeństwo Sasnalów (“Huba”, “Słońce, to słońce mnie oślepiło”), Oskar Dawicki (“Performer”) czy Katarzyna Kozyra (“Szukając Jezusa”) postrzegają kino jako kolejne ujście artystycznych poszukiwań. Uciekając od formalnych standardów, przekraczają obecne w mainstreamie bariery gatunkowe i powoli przebijają się przez galeryjne ściany.

Norman Leto, a właściwie Łukasz Banach, dość dobrze wpisuje się w zataczający coraz szersze kręgi nurt. “Photonu”, który swoją premierę miał na festiwalu w Toronto, nie sposób nazwać standardowym dokumentem. Mimo biologiczno-fizycznego tła daleko mu też do popularnonaukowych produkcji spod znaku Discovery Channel albo National Geographic. Dzieło nagrodzonego Paszportem Polityki artysty pozostaje więc w jakimś stopniu tworem osobnym – odważnym, trudnym do kwalifikacji, ale i niepozbawionym wad.

Film składa się z trzech części posiadających odrębne myśli przewodnie. W pierwszej autor próbuje wytłumaczyć rudymenty fizyki kwantowej i tego, skąd się bierze materia. Do zobrazowania niełatwych, niewidocznych gołym okiem zjawisk wykorzystuje szereg skrupulatnie przygotowanych wizualizacji. To dzięki nim wiadomości, które dla widza zdają się być początkowo nieodczytywalne, nabierają coraz większego sensu. Drugi liźnięty przez Leto temat to człowiek. Doświadczony naukowiec (w tej roli Andrzej Chyra) próbuje dowieść, jakie miejsce w kosmicznej hierarchii zajmuje ludzkość. Paralelnie analizuje procesy narodzin i umierania, przyswajania wiedzy i jej stopniowego zaniku, wskazując na brutalność rządzącego nami biologizmu. Ostatnie dwadzieścia minut “Photonu” to zaś futurologiczna jazda bez trzymanki. Reżyser nie stroni od mało optymistycznych prognoz dotyczących przyszłości – także w kontekście filozoficznym i etycznym. Ponura diagnoza, jaką stawia naszemu gatunkowi, kończy się zgrabną klamrą kompozycyjną i czyni z półtoragodzinnej produkcji zamkniętą całość.

Jak bardzo przekonujący jest w swoich tezach Leto? To trudne pytanie, bo forma, jaką narzucił twórca – pozornie oklepana – nie narzuca widzowi truizmów, a każe myśleć nad często niewygodnymi kwestiami. Narrator, czyli wspomniany już wcześniej badacz molekularny, bywa nieprzystępny i prowokujący. Nie bez powodu pod adresem twórcy padły nawet zarzuty o seksistowski mansplaining – naukowiec w rozmowie z dziennikarką jawi się jako wszechwiedzący demiurg, który bez trudu generalizuje, rzuca analogiami do życia codziennego i raz za razem rzuca garść eseistycznych dygresji. Jego ton jest jednak czymś, co jednocześnie nadaje rytm opowieści – utrzymuje ją w ryzach i przeobraża w wielowątkowy wykład, który w niczym nie przypomina nudnych lekcji biologii. Skupienie odbiorcy pomaga też utrzymać dopracowana warstwa wizualna. Reżyser bez trudu operuje różnymi środkami artystycznymi, lawirując między found footage, abstrakcyjnymi plamami i rysunkami.

Oczywiście, “Photonowi” można zarzucić wiele. Sporo wątków jest urwanych w połowie, męcząc i zostawiając niedopowiedzenia. Razić może przebrzmiała, moralizatorska postawa profesora, który i tak nie wyjaśnia wszystkiego wystarczająco – mimo tego, że filmowcy konsultowali się z Polską Akademią Nauk, uważni widzowie zdążyli wytknąć Leto merytoryczne pomyłki. Pamiętajmy jednak o tym, że reżyser wziął na siebie wiele, próbując połączyć dwie pozornie niepasujące do siebie dyscypliny. Nauka i sztuka współczesna już wcześniej szły ze sobą w parze, ale nieczęsto ktoś decyduje się na zobrazowanie tak skomplikowanej relacji w niecałe dwie godziny. Choćby właśnie dlatego, że “Photon” skrzy od tak rozumianej nowatorskości, warto zobaczyć go na dużym ekranie. I nawet jeśli wizja autora bywa momentami przesadzona lub – na drugim biegunie – wybrakowana, humanistyczno-ścisły melanż reżysera jest tym, czego nie uświadczymy na co dzień w repertuarach kin.