„Manieggs: Zemsta twardziela” to kolejny po South Parku i jemu podobnych film odczarowujący animację jako gatunek przeznaczony wyłącznie dla młodszego widza, ukazujący świat mniej brutalnym i złożonym niż w rzeczywistości. Wkroczenie wulgarnych i agresywnych postaci do tej niewinnej krainy daje bardzo szerokie spektrum możliwości, z czego film Zoltana Miklósego sprawnie korzysta. Bohaterowie „Manieggs” o anatomii znanego z gier Raymana przypominają popularne swego czasu skaczące fasolki, ale pewnie większość publiki skojarzy je raczej z jednym z Minionków; dzięki temu wszelkie gagi dedykowane dorosłym zyskują na sile. A jest ich tam cała masa – częstokroć bardzo pretekstowych, czasem wepchniętych jakby na siłę, zostawiających fabułę daleko w tyle – nie z byle powodu jest ona dość banalna. Głównego bohatera poznajemy, gdy ten wychodzi z więzienia, odsiedziawszy dwutygodniową karę za zbrodnię, której nie popełnił. Jako, że jegomość to tytułowy twardziel, który nie pozwoli sobą pomiatać, postanawia zemścić się na osobie odpowiedzialnej za ten incydent. Cała akcja koncentruje się na poszukiwaniach sprawcy, ale jak wspomniałem zdecydowanie istotniejsze są tu rozliczne żarty, balansujące na granicy dobrego smaku, parokrotnie ją przekraczające. Postaci nie szczędzą sobie obelg ani ołowiu z kul pistoletów, wyznań o zabarwieniu seksualnym czy nawiązań do popkultury. “Manieggs” jest ewidentnie pastiszem akcyjniaków z lat 90., parodią filmów policyjnych rozlubowaną w motywach typowych dla gier pokroju GTA i matrixowych spowolnieniach czasu. To festiwal humoru, niekoniecznie dobrego, i przedniej zabawy. Całość zdaje się być spełnieniem marzeń twórców – marzeń o zrobieniu filmu, w którym padają żarty wymyślone przez nich samych, a wszystko wybucha w widowiskowy sposób. Łatwo dostrzegalne jest również, iż nie mówimy tu o wielkiej produkcji. Grafika jest bardzo oszczędna i najpewniej twórcy, mając pełną świadomość ograniczonych możliwości, postanowili przekuć je w atut. Zdecydowanie im się to udało – liczba zadziwiających zdarzeń, nieprawdopodobnych akcji i pomysłowych rozwiązań choreograficznych skutecznie maskuje wszelkie braki.

Nowy-1

Żal jedynie, że Miklósy nie pokusił się o skrupulatniejsze przyjrzenie się tempu akcji. Choć można by się go doczepić w wielu miejscach, stanowi ono prawdziwy mankament dopiero trzeciego aktu; nieco ślamazarnie prowadząc do finału, rozgrywając go w mało satysfakcjonujący sposób i, przede wszystkim, nie umiejąc zamknąć całości. Potrafię przymknąć jednak na to oko, Miklósy jest wszakże tak w scenariuszu jak i reżyserii debiutantem; wcześniej zajmował stanowisko jedynie animatora przy kilku odcinkach kreskówkowej wersji “Jasia Fasoli” czy pełnometrażowej “Księżniczce słońca”. Biorąc to pod uwagę, należy przyznać, że poradził sobie i tak naprawdę nieźle. Seans “Manieggsa” dostarczył mi sporo frajdy, zwłaszcza że soundtrack utrzymany w klimatach gangsta rapu przeplecionego z elektroniką stoi na bardzo wysokim poziomie. Film ten to pozycja godna uwagi, zwłaszcza dla fanów akcji, rubasznych dowcipów oraz tych, którzy tak jak ja oczekują niecierpliwie premiery “Sausage party”.